Wokół panuje cisza. Od czasu do czasu przerywana
rechotem dużych, zielonych, obślizgłych żab, które to wskakują, to wyskakują
z przezroczystej toni Biebrzy na któryś z dużych liści grążela żółtego.
Kilka krótkich chwil żabiego śpiewania szybko jednak mija i znowu jest
bezdźwięcznie. W oddali nasilają się niewyraźne, jakby przytłumione
dźwięki. To odgłosy wsi. Słychać rżenie konia oraz stukot metalowych
podków, które przytwierdzone do końskich kopyt obijają się o rozgrzany
słońcem asfalt. Ale zaraz znowu wszystkie dźwięki - te dalsze i bliższe
ustępują, i znowu mogę napawać się najprawdziwszą ciszą, która trwa
Tak
jest codziennie, gdy jestem latem w Dolistowie. Chwytam aparat, wsiadam
na rower i wysiadam z niego po kilku minutach. Siedzę schowana wśród
wysokich trzcin i słucham, co też do powiedzenia ma mi świat przyrody.
Czasem milczy, ale wtedy też jest uroczo. W mieście taka głucha chwila
jest przecież niemożliwa.