Radio Białystok | Felieton | WOŚP-owe aukcje wyjątkowych chwil - felieton Adama Dąbrowskiego
W tym tygodniu zakończyły się ostatnie aukcje 34. Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Poza takimi, na których można było wylicytować konkretne przedmioty, część aukcji należała do kategorii „Wyjątkowe chwile” i wiązała się ze spotkaniem z mniej lub bardziej znaną osobą.
A ponieważ hasłem tegorocznej akcji były „Zdrowe brzuszki naszych dzieci”, od propozycji żywieniowych zacznę ten subiektywny przegląd.
Można było więc wygrać za niewygórowaną sumę śniadanie z reżyserem, kolację z kulinarnymi osobowościami telewizyjnymi za kilka tysięcy złotych od osoby lub podwieczorek z jednym z najbardziej znanych polskich przedsiębiorców. Być może jedzenia będzie więcej, chociaż w opisie wspomniano tylko o domowym deserze, ale suma kilkuset tysięcy złotych robi i tak wrażenie. Najtrudniej byłoby z lunchem, bo tu znana chyba (chociaż akurat nie mi) autorka internetowa zaproponowała swoje towarzystwo, ale z opłatą rachunku przez osobę, która wygra aukcję. I ktoś się na to zdecydował za 10 tys. zł, więc chyba jednak jest popularna.
Ale nie, obiad też można zjeść np. przy okazji wygranej za nieco ponad 6 tys. zł wizyty w Sejmie.
Na towarzystwo lub chociażby krótkie spotkanie, ale już bez konsumpcji (nawet na koszt licytującego) wystawiono ponadto osobiste spotkania z aktorami czy politykami i tu osiągnięto sumy od niespełna dwóch tysięcy do… znacznie ponad pół mln zł.
Tyle za spotkanie z premierem chciały zapłacić cztery osoby. Ostateczna cena, po zajadłym finiszu, wyniosła 700 tys. i 250 zł.
Niby było tam przekazanie też jakichś sportowych butów, ale nie o nie chyba chodziło, skoro nie podano nawet rozmiaru.
Znacznie niżej zapewne od oczekiwań wyceniono za to oferty pracy złożone przez polityków, bo takie też się zdarzały. I tak zatrudnienie na cały dzień w gospodarstwie 30-osobowej grupy posłów kosztowało wygrywającego licytację nieco ponad 14 tys. zł.
Jeśli więc przyjąć, że taki dzień pracy np. przy zbiorze owoców miękkich trwa od świtu do zmierzchu, to płaca za godzinę pracy każdego posła oscyluje w okolicach minimalnej stawki.
Oczywiście że ważniejszy jest akt dobrej woli i pomysłowość, żeby wspomóc zbiórkę, niż uzyskana suma, ale skoro ktoś wystawia się w taki publiczny sposób, to musi się liczyć z tym, że ta cena/ ocena jego przydatności także nie będzie tajemnicą.
Bo np. znacznie wyżej wyceniono zatrudnienie naszej lokalnej posłanki, dla której stawka za godzinę pracy wyniosła ostateczne 320 zł.
Niby sporo, ale znacznie mniej niż suma, którą trzeba by zapłacić za znacznie krótszy czas takiej prywatnej pracy lekarza-specjalisty.
I nagle mnie olśniło - dlaczego charytatywnie na rzecz WOŚP chcą pracować np. politycy, ale nie fachowcy w swoich branżach?
Wyobraźmy sobie jakie sumy można by osiągnąć na licytacji wizyty właśnie u jakiegoś znanego i obleganego lekarza. Albo chociażby za skrócenie terminu wizyty, która normalnie jest wyznaczona za pół roku, czy rok. Albo za badanie specjalistyczne…
Chociaż nawet niekoniecznie lekarze, może dzień swojej pracy wystawiłby na aukcję hydraulik, tynkarz albo glazurnik? Zwłaszcza gdyby też nie trzeba było czekać na wolny termin: może za kilka miesięcy.
Albo dobry mechanik samochodowy czy informatyk.
Może dlatego, że nie wpadli jeszcze na pomysł, że tak mogliby wspomóc WOŚP?
A może dlatego, że im nie jest potrzebna taka autopromocja?
| red: at