Radio Białystok | Gość | Noblista Aleś Bialacki na Podlasiu. Pół roku temu opuścił białoruskie więzienie - Była to okazja do spotkania z uczniami Liceum z dodatkową nauką języka białoruskiego w Hajnówce, wizyty w Centrum Kultury Białoruskiej w Białymstoku oraz spotkań z Białorusinami mieszkającymi w naszym regionie. Białostocczyznę odwiedził laureat Pokojowej Nagrody Nobla Aleś Bialacki.
Była to okazja do spotkania z uczniami Liceum z dodatkową nauką języka białoruskiego w Hajnówce, wizyty w Centrum Kultury Białoruskiej w Białymstoku oraz spotkań z Białorusinami mieszkającymi w naszym regionie. Białostocczyznę odwiedził laureat Pokojowej Nagrody Nobla Aleś Bialacki.
Pół roku temu, w wyniku zakulisowych rozmów z udziałem specjalnego wysłannika rządu USA, szef białoruskiego Centrum Obrony Praw Człowieka Wiasna wyszedł na wolność. Był to element szerszej akcji, w ramach której władze w Mińsku uwolniły ponad czterysta więźniów politycznych.
Pół roku po uwolnieniu, sytuacja na Białorusi wciąż pozostaje skomplikowana. O tym, jak wygląda ona z perspektywy kogoś, kto sam przeszedł przez więzienne mury, z Alesiem Bialackim rozmawia Źmicier Kościn.
Źmicier Kościn: Wspomniał Pan o Centrum Obrony Praw Człowieka „Wiasna”. Podają Państwo, że w tej chwili uwięzionych jest około 850 osób, choć słyszy się też o liczbach sięgających tysięcy. Komu wierzyć i jak weryfikować te dane?
Aleś Bialacki: Oparłbym się na liczbach podawanych przez Centrum Praw Człowieka „Wiasna”. Liczba osób uwięzionych na Białorusi z przyczyn politycznych oscyluje obecnie wokół tysiąca. Nie sposób podać dokładnych danych, ponieważ informacje te są ukrywane przez sądy. Nie mamy wiedzy ani o zatrzymaniach, ani o przebiegu procesów, ani o wyrokach w sprawach politycznych. Dowiadujemy się o tym pośrednio, własnymi metodami - poprzez kontakt z bliskimi oraz osobami, które przebywały w zakładach karnych razem z więźniami politycznymi, a po wyjściu na wolność przekazały nam relacje. Informacje te zbieramy dosłownie po drobnych kawałeczkach i skrupulatnie je odnotowujemy. Choć oficjalnie mówimy o około 850–1000 osobach, przy dziewięciomilionowej populacji Białorusi jest to liczba ogromna.
Źmicier Kościn: Cieszymy się z uwolnienia każdej osoby, to bez wątpienia sukces strony amerykańskiej. Ale czy dziś istnieje ktokolwiek, kto może wpłynąć na to, by represje definitywnie się skończyły, by kolejne osoby nie trafiały do więzień, a ci, którzy musieli uciekać, mogli normalnie wrócić na Białoruś? Czy jest ktoś, kto realnie może wpłynąć na Aleksandra Łukaszenkę?
Aleś Bialacki: Poruszono tutaj kilka kwestii, które warto rozdzielić. Pierwszą jest uwolnienie więźniów politycznych. Jest to oczywiście sukces amerykańskiej dyplomacji oraz konsekwentnego stanowiska Unii Europejskiej, która wciąż utrzymuje sankcje wobec reżimu. Jestem przekonany, że gdyby nie te naciski gospodarcze i polityczne, wciąż przebywałbym w kolonii karnej. Mój wyrok opiewał na 10 lat; odsiedziałem 4,5 roku, więc czekałoby mnie jeszcze 5,5 roku odosobnienia - niemal do końca 2030 roku. Reżim mógłby przecież bez problemu przedłużyć ten termin o kolejny rok czy dwa, co w przypadku więźniów politycznych jest powszechną praktyką.
Opuściliśmy mury więzienia wyłącznie dzięki presji wywieranej przez kraje zachodnie. Łukaszenka był zmuszony do ustępstw, licząc na zniesienie sankcji, jednak sytuacja w kraju w rzeczywistości się nie zmienia - dochodzi do kolejnych aresztowań. Ja zostałem wypuszczony, ale na moje miejsce wsadzono innych. To niekończąca się karuzela. Uważam, że dla państw Unii Europejskiej jest zdecydowanie za wcześnie na znoszenie sankcji. Do tego momentu należy stanowczo domagać się wstrzymania represji oraz wymagać rozpoczęcia negocjacji między społeczeństwem obywatelskim i siłami demokratycznymi Białorusi a reżimem – przy udziale krajów europejskich lub Stanów Zjednoczonych. Nie ma znaczenia, kto będzie mediatorem, istotne jest wyegzekwowanie głębokich zmian. Tylko wtedy będziemy mieć pewność, że tragedia z 2020 roku nie powtórzy się.
Dlatego świat demokratyczny, wykorzystując sankcje jako instrument nacisku, powinien wspólnymi siłami zmusić reżim do dalszych ustępstw. Jestem przekonany, że to jedyna droga do zmiany sytuacji na Białorusi. Kluczowe jest również przełamanie wszechobecnego strachu. Znając nastroje społeczne, jestem pewien, że Białorusini są gotowi na rzeczywiste zmiany. Poparcie dla reżimu jest obecnie bliskie zeru, a obywatele pragną, aby Białoruś stała się europejskim, demokratycznym państwem.
Źmicier Kościn: Wspomniał Pan o stworzeniu Fundacji Alesia Bialackiego, która ma się zajmować problematyką praw człowieka w wymiarze globalnym. Czy mógłby Pan rozwinąć ten wątek?
Aleś Bialacki: Jest jeszcze jedna kwestia, którą zaobserwowałem po wyjściu na wolność: głęboki kryzys dotyczący praw człowieka i przestrzegania umów międzynarodowych. Kryzys ten dotknął nie tylko wymiar sprawiedliwości, ale rozlał się szeroko na całe społeczeństwa – zarówno na Białorusi i w Europie Wschodniej, jak i w całej Europie. Lekceważenie praw człowieka oraz podstawowych wartości ludzkich spycha problemy zwykłych ludzi na margines debaty publicznej. Kiedy politycy i społeczeństwo mówią wyłącznie o bezpieczeństwie i wojnie, zapominają o jednostce. To prowadzi do niedoceniania, a wręcz ignorowania wartości ludzkiego życia.
Moja fundacja to inicjatywa międzynarodowa, której celem będzie odbudowa horyzontalnych więzi i mostów porozumienia, a także aktywna praca na rzecz pokoju. Będziemy nawoływać do unikania konfliktów zbrojnych – zarówno w Europie, jak i na całym świecie. Będziemy wszędzie, gdzie to możliwe, wykorzystywać autorytet laureatów Nagrody Nobla. Obecnie jestem w kontakcie z kilkorgiem z nich i zamierzamy powiększać to grono, robiąc wszystko, aby nasz głos był słyszalny, a ludzie zyskali więcej stabilności i pewności w swoim życiu w najbliższej przyszłości.
A już dziś o godzinie 17:00 w białostockim Nie Teatrze będzie okazja obejrzeć polską premierę dokumentu o białoruskim nobliście oraz wziąć udział w spotkaniu z samym Alesiem Bialackim i litewskimi twórcami filmu.
| red: bs