Radio Białystok | Wiadomości | Wiadomości - Oszustwo związane z handlem rękawiczkami w czasie pandemii. Zakończył się proces apelacyjny
Czy było to zaplanowane z góry oszustwo, czy ryzyko biznesowe w okresie pandemii koronawirusa - musi to rozstrzygnąć Sąd Apelacyjny w Białymstoku w procesie małżonków oskarżonych o oszukanie znajomych, którzy zainwestowali kilkaset tys. zł w handel rękawiczkami ochronnymi.
Sąd pierwszej instancji uznał, iż doszło do oszustwa; nieprawomocne wyroki to 2,5 oraz 1,5 roku więzienia. Apelacje złożyli obrońcy obojga oskarżonych, chcą uniewinnienia, ewentualnie kar więzienia w zawieszeniu. Wyrok ma być ogłoszony pod koniec maja.
Proces dotyczy biznesowych rozliczeń między osobami, które znały od lat.
Zawiodło przyjacielskie zaufanie - powiedziała oskarżycielka posiłkowa, która nie odzyskała zainwestowanych pieniędzy.
W 2020 roku, na początku pandemii koronawirusa, strony podpisały umowę tzw. spółki cichej - inwestorzy mieli po pół roku dostać zwrot kapitału (ponad 600 tys. zł) z umówionym zyskiem, który miał sięgać połowy tej kwoty.
Przedsięwzięciem gospodarczym miał być zakup i sprzedaż z zyskiem rękawiczek ochronnych (nitrylowych) - towaru bardzo poszukiwanego na początku pandemii; pieniądze wpłacone przez inwestorów miały być przeznaczone na gwarancje bankowe do planu biznesowego.
Była to umowa między wieloletnimi znajomymi; oskarżony miał duże doświadczenie w handlu zagranicznym. Oskarżycielka posiłkowa stoi na stanowisku, że padła ofiarą oszustwa i od początku oskarżeni w ogóle nie mieli zamiaru wywiązania się z umowy. Na dowód wskazuje, że już drugiego dnia po przekazaniu im pieniędzy, zaczęli dokonywać wypłat na własne potrzeby, m.in. z bankomatów.
Gdy inwestorzy zaczęli domagać się realizacji umowy, niewielką część pieniędzy otrzymali. Resztę próbują odzyskać przed sądem cywilnym.
Sprawa karna dotyczy zarzutów oszustwa. Sąd pierwszej instancji ocenił, że stworzono pozory legalnej działalności gospodarczej i wiarygodności transakcji.
Zanim sąd apelacyjny zamknął w środę (20.05) przewód sądowy, a strony wygłosiły mowy końcowe, przesłuchał świadka, o co wnioskowała obrona. To wieloletni partner biznesowy oskarżonego, w tym w przedsięwzięciu dotyczącym handlu rękawiczkami ochronnymi na początku pandemii. Miały one być kupione od producenta w Turcji i sprzedane w Polsce - przez pośredników - Agencji Rezerw Materiałowych.
Świadek mówił, że ARM chciała certyfikatów tych wyrobów, zanim dostawy przyjechały do kraju. Twierdził, że było to niemożliwe (certyfikaty były dołączane już do transportu), więc ostatecznie część dostaw (ciężarówkami z Turcji) zrealizowano i sprzedano gdzieś w Polsce, ale reszta kontraktu nie została wypełniona.
Obrońcy stoją na stanowisku, że nie było oszustwa, a ryzyko biznesowe.
Sprawa dotyczy tak naprawdę nieudanego przedsięwzięcia gospodarczego, a nie przestępstwa oszustwa. Mamy do czynienia z działalnością gospodarczą, która ze swej istoty obarczona jest pewnym ryzykiem ekonomicznym - mówiła mec. Karolina Kamińska-Surówka.
W jej ocenie, inwestorzy znali ryzyko i sytuację majątkową małżonków.
Sam fakt niepowodzenia tego przedsięwzięcia gospodarczego, nie może automatycznie prowadzić do przyjęcia, że od początku istniał zamiar oszustwa - mówiła obrońca oskarżonego.
Mec. Agnieszka Swatkowska - obrońca oskarżonej - zwracała uwagę, że biznes związany z zakupem rękawiczek był realizowany na samym początku pandemii, gdy - jak mówiła - wszyscy działali z dużą dozą niepewności, co przyniesie kolejny dzień.
I również przedsiębiorcy poruszali się po omacku (...). Pokrzywdzeni, przystępując do umowy spółki cichej mieli świadomość ryzyka. Czasami po prostu się nie udaje - mówiła w mowie końcowej.
Prokuratura i pełnomocnik oskarżycielki posiłkowej chcą utrzymania wyroku.
Nie było żadnych dowodów na kupno rękawiczek, stąd zamiar oszustwa był od samego początku. To nie ryzyko gospodarcze, a działania oskarżonych, a raczej ich brak, doprowadził do sytuacji w jakiej znalazła się pokrzywdzona - mówiła prok. Jadwiga Magdalena Borowska z Prokuratury Rejonowej Białystok-Południe.
Sama oskarżycielka posiłkowa mówiła, że po zawarciu umowy oskarżeni ani razu nie wskazali, że są problemy, czy że biznes nie powiódł się.
Kilkakrotnie prosiłam, gdy umowa spółki cichej się skończyła, o pokazanie jakiegokolwiek dowodu, że te pieniądze zostały przekazane na gwarancje bankowe. Niestety, nigdy nie otrzymałam takiego dokumentu - mówiła w swoim ostatnim słowie.
Dodała, że wśród przyjaciół oskarżeni przedstawiali wersję o tym, że nie mają problemów z pieniędzmi i są bardzo dobrze sytuowani.
Oskarżony zapewniał, że nikogo do inwestycji nie namawiał. Mówił o sobie, że jest specjalistą w handlu zagranicznym, a w problemy finansowe wpadł, gdy próbował ratować swoją firmę. Twierdził, że inwestorzy dobrze o tym wiedzieli, a mimo wszystko zdecydowali się na wspólny biznes.
źródło: PAP | red: at