„Bolesław Augustis i Sybiracy z Nowej Zelandii. Kwerenda i digitalizacja wybranych archiwów”- materiały do książki zbiera Urszula Dąbrowska

28 grudnia 2023, 22:27

Bolesław Augustis w Nowonikołajewsku, z kolegami w szkole radiowotelegraficznej (Fot. Bolesław Augustis/albom.pl)
Bolesław Augustis w Nowonikołajewsku, z kolegami w szkole radiowotelegraficznej (Fot. Bolesław Augustis/albom.pl)

                            Prawie dwadzieścia lat temu w jednym z opuszczonych domów została znaleziona kolekcja płytek i negatywów przedwojennego fotografa białostockiego Augustisa. Od tamtego czasu poznaliśmy kilka tysięcy niepublikowanych dotąd zdjęć Augustisa. Można je oglądać na stronie Albom.pl, gdzie pojawiają się też inne archiwa fotograficzne z Podlasia i polsko-białoruskiego pogranicza.

Ale Augustis ma także inną historię, nie tylko opowiedzianą poprzez fotografie. Urszula Dąbrowska - stypendystka Prezydenta Białegostoku- na przełomie października i listopada- wybrała się do Nowej Zelandii i tam szukała śladów tajemniczego fotografa, który zostawił niezwykłą spuściznę, Odwiedziła rodzinę fotografa i przywiozła stamtąd nowe zdjęcia.  Dzięki temu historia i kolekcja Augustisa jest  teraz kompletna.

    Urszula Dąbrowska wspomina: "Pobyt w Nowej Zelandii będziemy wspominać długo. To był fantastyczny czas z fantastycznymi ludźmi w Auckland, Christchurch i Wellington. Pojechaliśmy przede wszystkim spotkać się z synami Bolesława Augustisa. Staszek i Zbyszek opowiadali o swoim ojcu, dzieli się wspomnieniami i… przekazali nam ponad dwadzieścia rolek oraz kilkadziesiąt klatek średniego formatu, które Bolek naświetlał już w Auckland. Czyli nie przestał fotografować! Zachowała się nawet odbitka z jego nowozelandzką pieczątką. Ale to nie wszystko. Otrzymaliśmy również karty z albumu z jego fotografiami wykonanymi głównie w trakcie kampanii włoskiej w latach 1944-1945.  Te bezcenne dary będziemy teraz opracowywać, dygitalizować i się nimi dzielić.Dziękujemy Auckland Polish Association, Stowarzyszeniu Polaków w  Wellington oraz SPK w Christchurch.Projekt „Bolesław Augustis i Sybiracy z Nowej Zelandii. Kwerenda i digitalizacja wybranych archiwów” dofinansowano ze środków Narodowego Instytutu Polskiego Dziedzictwa Kulturowego za Granicą „Polonika” Instytut Polonika i z budżetu Miasto Białystok  Realizowany jest we współpracy z Muzeum Pamięci Sybiru.© Bolesław Augustis/albom.pl

Poniżej przedstawiamy fragment książki, gdzie opisana jest jego żona - Maria. I czekamy na pełną wersję książki Urszuli Dąbrowskiej.

                                                                 "Maria"

Dzisiaj 12 stref czasowych jakie dzielą Europę od Nowej Zelandii pokonuje się w około 30 godzin, w zależności od tego jaką trasą oblatuje się glob, jakimi liniami. Poruszając się w stronę Ameryki zyskuje się dzień, kierując się na Singapur zegar godziny zjada. Leci się nocą, która trwa dłużej niż dobę albo słońce wcale nie zachodzi i jest non stop dzień. Czas przyspiesza lub zwalnia, ujawniając swą umowność, zaplątuje się tworząc jakieś dziury i zapadnie. Nie wiadomo, kiedy dzwonić do rodziny, kiedy spać, jak umiejscowić w czasie coś co się wydarzyło. Jet lag murowany. Jakby nie patrzeć to wyprawa na drugi koniec świata. Ponad 20 tys. kilometrów. Nowa Zelandia to najbardziej oddalony od Polski kraj na kuli ziemskiej. I właśnie tam po wojnie pojechał Bolesław Augustis vel. Augustowicz. Przypadek?

Nowozelandczycy narzekają na „tyranię dystansu”, na to, że wszędzie mają daleko. Do najbliższego australijskiego kontynentu jest 1 600 km, na Antarktydę 2400. Utrudnia to wymianę towarów, handel, przepływ kulturalnych nowinek i sztuki, także podróże. Ale Augustis i inni Sybiracy, którzy wybrali antypody, uważali to za atut, mieli odmienną perspektywę. Dla nich ważne było to, że Nowa Zelandia nie leży na skrzyżowaniu wojennych szlaków, przez które ciągną armie różnych mocarstw. Nikomu tu nie zagraża podstępny i chciwy sąsiad, który nocą może przekraść się przez granice. To oddalenie obiecywało im poczucie bezpieczeństwa, a niczego nie potrzebowali bardziej jak odpocząć.

Podróż Bolka trwała nie trzydzieści parę godzin, ale z pięć, sześć tygodni. Co najmniej tyle musiał spędzić na statku pasażerskim Ringatoto wypływając 25 sierpnia 1949 roku z portu w Londynie. Był to dziewiczy rejs tej dalekomorskiej jednostki, wyprodukowanej przez New Zealand Company i zwodowanej kilka miesięcy wcześniej u wybrzeży Nowej Brytanii. Lista ponad 400 pasażerów pierwszego kursu Londyn – Wellington nie zachowała się. Ale był wśród nich Bolesław Augustowicz. Poza niewieloma osobistymi rzeczami w swój żołnierski plecak zapakował także aparat. Praktycznie się z nim nie rozstawał się z nim. Podczas długiej podroży uwieczniał pasażerów, z którymi się zapoznał, fotografował fale, pokład, mijaną śluzę na Kanale Panamskim. Zrobił kilka wesołych zdjęć z równikowego chrztu, żeglarskiej ceremonii, organizowanej dla rozrywki pasażerów. Na kadrach widać dzieci i młodych ludzi przebranych za piratów, w spódniczkach ze sznurka imitujących buszmeńskie stroje, niektórzy pomalowani są czarną farbą. Przedstawiają wszystko to, co kojarzy nam się z cepelią dalekomorskich, egzotycznych rejsów. W 1969 roku jednostka została zresztą przemianowana na „Oriental Carnaval” (Orientalny karnawał).

Z dzisiejszej, samolotowej perspektywy wydaje się, że była to długa i męczącą podróż, ale dla Bolesława mogła być jedną z przyjemniejszych. Znowu - miał inny punkt odniesienia. Do czego mógł to przyrównać? Do niebezpiecznej ucieczki z sowieckiego Nowosybirska do Polski w 1932 roku, czy do tego, jak udręczony i wyniszczony przez pracę w łagrze przeprawiał się w 1941 roku przez pustynny Kazachstan i Uzbekistan do Armii Andersa lub do szlaku bojowego jaki z nią przeszedł? Teraz nie było strachu o bliskich, głodu, strzelaniny nad głową, widoku umierających ludzi. Upał na pokładzie, kiedy pokonywał równik, kołysanie podczas sztormu na morzu, nuda podobnych do siebie dni, monotonne jedzenie czy morska choroba wydawały mu się bułką z masłem, po tym co przeszedł, miłą wycieczką. Tym bardziej, że miał do kogo płynąć. Pokonywał oceany, by spotkać się z narzeczoną.

Statek Ringatoto przybił do stolicy Nowej Zelandii Weellington pod koniec września 1949 roku. Maria Zazulak stała na nabrzeżu, w porcie Nicholson i czekała na narzeczonego. Znała to miejsce. Dobrze pamiętała moment, kiedy to ona z pokładu innego statku patrzyła na przybliżającą się wyspę, na którą zapędził ją wojenny los. Był 31 października 1944 roku. Miała 17 lat. Tłoczyła się przy relingu z zabiedzonymi dziećmi, zabranymi z polskich obozów z Isfahanu i Indii. Szeptały poekscytowane „Nowa Zelandia, Nową Zelandię widać!”. W drodze opowiadano im, że płyną do raju, że to „wiecznie zielone wyspy, urodzajna ziemia, dwa zbiory rocznie”, dużo jedzenia. Dużo jedzenia – to było najważniejsze. Nie miała większego pojęcia, że przypływa tu w efekcie dyplomatycznych starań hrabiego Kazimierza Wodzickiego i jego małżonki. Doprowadziły one do tego, że premier Nowej Zelandii Peter Fraser zaprosił polskie sieroty ocalałe z sowieckich łagrów, z Sybiru do swojego kraju; Wraz z opiekunami ponad 800 osób.

Te kulisy były poza jej świadomością. Wielu rzeczy nie ogarniała, była tylko nastolatką, którą w wieku 13 lat wyrwano z bezpiecznego świata. Nie do końca rozumiała też, dlaczego 10 lutego 1940 roku Sowieci załomotali do drzwi ich domu w Czarnokońcach niedaleko Tarnopola. Przeprowadzili się tam zaledwie trzy lata wcześniej z Bóbrki pod Lwowem. Nikogo tu jeszcze dobrze nie znali. Nikomu nic nie zrobili. Słowo „wojna” miało tłumaczyć wszystko. Prawie całą rodzinę, 9 osób: rodziców, dwóch braci (najstarszy Janek walczył w polskim wojsku), ją i cztery siostry NKWD zapakowało do bydlęcego wagonu i wywiozło na wschód. Jechali miesiąc. Ich nowym domem stał się barak w osadzie Saczok, w dolinie rzeki Kama, u podnóża Uralu. Wie, że nie trafili najgorzej. Rzuciło ich do europejskiej części Rosji, zimy nie były tu tak straszne jak na dalekiej Syberii. W izbie stał duży piec, można było przy nim spać i coś ugotować. Ojciec i bracia pracowali w lesie, ale to nie wystarczało, by wszystkich wyżywić. Największym marzeniem Marii w tamtych dniach było napełnić brzuch. Gdyby nie dwie paczki od cioci z Polski, które o dziwo! dotarły w ich odludzie, nie przeżyliby. To było święto większe niż Boże Narodzenie. Wyciągali z pomiętej tektury ciepłe ubrania, kasze, soloną słoninę. Część rzeczy wymienili na chleb. A potem nagle – też nie rozumiała, dlaczego - w październiku 1941 roku mogli po prostu stamtąd wyjechać. Ojciec skonstruował sanie, położyli na nie cały dobytek i ruszyli na południe, do polskiego wojska. Po kilku dniach wsiedli w pociąg do Uzbekistanu. W grudniu byli w Samarandzie. Nikt tu ich nie czekał, żadnych polskich flag i fanfar, głód i bieda większa niż na Uralu. Spali pod gołym niebem, żebrali. Co się działo potem spowija w jej pamięci ciemna chmura. Zniosła tyle bólu, że wspomnienia te pokrył twardy strup. W mieście Josefów, gdzie sią zatrzymali, szalał tyfus. Sprzedali wszystko, żeby kupić garść jęczmienia i uratować mamę. Ojciec ukradł nawet dla niej kurę, ale mama umarła 17 stycznia 1942 roku. Potem zachorowali wszyscy. Tylko najmłodsza z sióstr nie trafiła do szpitala w Samarkandzie. Kiedy z niego wracali na piechotę, jedna z nich była tak słaba, że brat niósł ją na rękach. Dowlekli się do swojej lepianki, żeby dowiedzieć się, że tato nie przeżył. Zostali sami, oczadziali z rozpaczy. Gdyby chociaż mieli czas na żałobę, ale nie. Zresztą poddać się jej znaczyło umrzeć. Bracia zaciągnęli się do Armii Andersa, dziewczęta trafiły do sierocińca. To na nią, najstarszą, spadła opieka nad siostrami podczas przeprawy przez Morze Kaspijskie w marcu 1942 roku i potem w Pahlavi, kiedy wszyscy dookoła znowu umierali na tyfus, albo z przejedzenia, bo nagle dookoła pełno było owoców, mięsa, mleka. Ściśnięte żołądki nie wytrzymywały tego nadmiaru. Później był Teheran i wreszcie piękny jak z baśni z tysiąca i jednej nocy Isfahan. Znowu miała swoje łóżko, chodziła do szkoły, zaczęła się uczyć krawiectwa. W ogóle nie chciała stamtąd wyjeżdżać, wreszcie nie czuła, że musi walczyć o kolejny posiłek, ani troszczyć się o wszystkich. Ale przywykła niczemu się nie przeciwstawiać. Nauczyła się, że niewiele od niej zależy, a opór nie ma sensu. Kiedy 27 września 1944 roku wsadzono ją i siostry na pokład śmierdzącej łajby o nazwie „Sontay”, którą popłynęły do Bombaju, była pogodzona. Znowu włączyła tryb: „przeżyć”. Jak towar przeładowano potem „polski transport” na amerykański okręt USS ,,General George Randall” USS, ogromny, nowoczesny, wygodny. Polscy sybiracy dzielili go z trzema tysiącami nowozelandzkich i australijskich żołnierzy, którzy wracali z wojny do domu. Ze zdziwieniem i trochę nieufnością reagowała na sympatyczne odzywki ludzi w mundurach. Czemu się litują? Zagadywali, żartowali, uczyli angielskich słów, hymnu Nowej Zelandii, dawali czekoladę. Nie przywykła do tego, by dorośli chcieli od niej czegoś innego niż posłuszeństwa. Dużo później zrozumiała, że oni też byli poturbowani, szukali namiastki zwykłego życia. Płynęli dwa tygodnie i nie było źle; grali w piłkę (siedem wypadło za burtę), oglądali filmy, nic z nich nie rozumiejąc i jedli więcej niż dorosłe chłopy. Nie wiedziała, że okręt poruszał się zakosami, żeby nie wpaść na japońskie miny. Załoga utrzymywała ich w błogiej nieświadomości, najbardziej dawało im się we znaki bujanie i choroba morska.

Pewnego dnia, wieczorem, pod koniec października na pokładzie zrobiło się wielkie poruszenie. Z oddali zaczął się wyłaniać ląd. Na Marii nie zrobiło to jakiegoś wielkiego wrażenia, ot kolejny port, kolejna przesiadka, jakaś ziemia, która ją przyjmie na dłużej albo na krócej. Na noc zostali na okręcie, na ląd mieli zejść dopiero na drugi dzień. Ranek wstał olśniewający. Długo wpatrywała się w zielone wzgórza oblepione kolorowymi domkami nad lazurową zatoką i poczuła iskierkę nadziei. Jedno z 733 sierot, które dobiły wtedy do Północnej Wyspy - Stanisław Manterys pamięta, że to był piękny dzień. „Jeden z tych, za które kocha się Wellington, wybaczając pieską pogodę jaka panuje tu przez resztę roku”. W porcie czekał spory tłum z transparentami, flagami - były też polskie. Słyszeli okrzyki, grała orkiestra. Tak Nowozelandczycy witali powracających z wojny żołnierzy, ale dzieciom wydawało się, że ta feta trochę też na ich cześć. Na pokładzie pojawił się premier Fraser, przez ścisk nie mogła go zobaczyć. Potem na dwóch końcach statku opuszczono trap i zaczęli schodzić na ląd. Ten moment filmuje Earl Bailey, kamerzysta wysłany przez redakcję na dokumentację wydarzenia. „Nic nie było w stanie przygotować mnie na widok tych maluchów, każdy dzierżył żałosne tobołki – wszystko, co posiadali na tym świecie. Mam łzy w oczach, kiedykolwiek ten widok wspominam” – napisał prawie 80 lat potem. „Nie było wiwatowania, a w panującej ciszy odczuwało się współczucie ze strony czekających na dzieci Nowozelandczyków. Filmując te obrazy, nie mogłem ukryć swych uczuć i do dziś czuję wzruszenie”. Była to największa grupa uchodźców jaką do tej pory przyjął ten wyspiarski kraj. Choć jak mówiły dorosłe już dzieci, które wówczas przypłynęły do Wellington, nigdy nie czuły się w nim jak uchodźcy, tylko jak goście. Były przecież zaproszone.

Maria dalszy ciąg tego dnia pamięta jakby trafiła pod huczący wodospad. Przechodziła z rąk do rąk, wokół szumiał niezrozumiały język, oglądała się na siostry, czy mają tekturowe walizki, kupione za irańskie tumany, które wypacał im w Isfahanie polski rząd (9 na miesiąc). Najważniejsze, żeby się nie zgubić. Potem jazda pociągiem (jakie czyste przedziały), dzieci machające do nich chorągiewkami na mijanych stacjach (takie wesołe), wsypujące się przez okno cukierki (tylko nie jeść za dużo), własne łóżko (z białą pościelą). Kiedy zobaczyła bukiecik na szafce przy łóżku rozpłakała się (jak można być tak dobrym?!)

Pięć lat później, kiedy stoi na nabrzeżu i czeka na Bolka, wspomina tamten dzień, który zmienił jej życie na lepsze, z nadzieją, że ten też będzie szczęśliwy. Ma 23 lata, najwyższy czas na zamążpójście. Zna narzeczonego tylko korespondencyjnie. Kiedy była już w Nowej Zelandii odnaleźli się jej bracia z armii: Antoni i Józef. Piszą do siebie regularnie. Chyba to któryś z nich, albo jakiś znajomy w jednym z listów wspomina o dobrym przyjacielu z wojska, wartym zaufania i pyta czy może mu podać jej adres. Nie było w tym nic niestosownego. Wielu andersowców swatało kolegów z armii ze swoimi siostrami i kuzynkami. Każdy szukał sobie przytuliska, miejsca, gdzie może się osiedlić na stałe, założyć rodzinę, bo do Polski wracać nie mogli i nie chcieli. Wedle słów samego generała Władysława Andersa tylko 310 z tych, którzy wstąpili do polskiej armii w Rosji - po przeżyciu syberyjskich łagrów i obozów pracy przymusowej - zdecydowało się na powrót do kraju. Nowozelandzkie statystyki mówią, że po wojnie na wyspy przybyło około 200 zdemobilizowanych żołnierzy z różnych polskich formacji. Większość skorzystała z prawa imigracyjnego umożliwiającego powojenne łączenie rodzin.

Chyba to Bolesław pierwszy napisał. List z Włoch, gdzie akurat przebywał, przyszedł w sierpniu 1945 roku. Ujęło ją, że wyraża się jakoś subtelnie, nie nalega, nie przechodzi od razu do sedna. Odpisała mu, opowiadając jak jest w „Polish Children’s Camp” w Pahiatua. Na przykład o pierwszych wrażeniach, że wcale nie widać, że niedawno było tu więzienie, a jeszcze wcześniej organizowano wyścigi konne; że szybko rozebrano wieże wartownicze, bo dzieci się ich bały. Listy Marii nie przetrwały do dziś, ale można się domyślać o czym w nich pisała, bazując na relacjach innych obozowiczów. Wszystko w Pahiatua wyglądało ślicznie. „Zielone trawniki, trochę drzew i jakieś szczególne poczucie szczęścia” – wspomina Irena Coates (Ogonowska) - „nie było tu grozy ani strachu. Na każdym kroku krzątali się nowozelandzcy żołnierze, uśmiechnięci i życzliwie spoglądający. Byli oni inni od tych strasznych ludzi, którzy dotąd mieli tak duży wpływ na moje życie”. Maria, nadodpowiedzialna jak na swój wiek, może bardziej zwracała uwagę na rzeczy praktyczne. Chwaliła dobrą organizację obozu: oddzielne dormitoria dla chłopców i dla dziewczyn, ładne domki dla personelu i wojskowych, jadalnie z smaczną kuchnią, szkołę, w której uczą się po polsku. Zapewne skrupulatnie odnotowała, że jest szpital, biblioteka, kotłownia, a nawet zakład szewski, sklepik z odzieżą i płytki basen, w sali zebrań i świetlicy odbywają się tańce i imprezy. Często bywa niańką dla młodszych dzieci. Musi pilnować, by nie wynosiły niedojedzonych posiłków, bo wszystkie mają nawyk chowania na zapas. W obozie obowiązuje porządek dzienny: kościół, posiłki, lekcje, sport, sprzątanie, higiena i spanie. Panuje tu dyscyplina, ale niczego nie brakuje, może poza przytulaniem i ciepłem. Zapewne opowiada korespondencyjnemu przyjacielowi, że w sobotę chodzą trzy kilometry do miasteczka, do kina. Maria, jak inne dziewczyny, woli szlagiery typu „Droga do Singapuru” z Dorothy Lamour, od westernów, za którymi przepadają chłopcy. W niedzielę odwiedzają ich Nowozelandczycy z sąsiedztwa. Mówią na nich „szpiki”, bo ciągle pytają „Do you speak (co brzmi jak szpik) English”? Czasami ma wtedy wrażenie jakby występowała w cyrku. Raz przyjechali do obozu Maorysi. Kiedy zatańczyli przerażającą hakę tupiąc i robiąc bojowe miny, część dziewczyn uciekła z krzykiem do sypialni. Czy przyznała się Bolkowi, że też się przestraszyła? 

W listach do niego musiała opisać i pierwsze lato w Pahiatua. Nauczyła się wtedy jeździć na rowerze. Zaprzyjaźniła się z jedną z dziewczyn z okolicy o imieniu Marge. Pewnego dnia nowa znajoma zabrała ją nawet do domu na filiżankę herbaty i dała Marii swoje zdjęcie. Przechowywała je z fotografiami bliskich, choć kontakt z Marge się urwał, bo nie umiała się z nią porozumieć po angielsku. Nauka języka nie szła jej łatwo. Te pierwsze od wyjazdu z Polski cudnie beztroskie wakacje wryły się w jej pamięć. Chodzili w góry, robili pikniki, przedzierali się przez dziewiczy busz, palili ogniska nad rzeką. Nowa Zelandia, jej przyroda, potrafi zachwycić. Chłopcy bawili się w piratów, huśtali na lianach i zeskakiwali do wody „niczym Tarzan”, łapali węgorze na królicze łapy, polowali na oposy i króliki. W ogóle to utrapienie z tymi chłopcami – z wysokości swoich nastu lat mogła przemawiać tonem tej starszej, rozsądnej. Chodzą w szkodę do farmerów, rozbierają im ciągniki, składają rewolwery z pozbieranych części. Jeżyn tu tyle, że nie da się ich przejeść, więc łobuzy zaczęły pędzić wino. 

A może pisze czysto informacyjnie, że w styczniu - jak inni obozowicze – została zaproszona na wakacje do nowozelandzkiej rodziny z Wanganui. Relacjonuje swoje postępy w krawiectwie: że szyje dla siebie i sióstr. I uszyła „nawet sukienkę dla jednej pani z obozu”. Wspomina też ks. Wilniewczyca. Zmotywował dzieci do zbudowania groty Matki Boskiej z kamieni i teraz chodzą się tam modlić. Opisuje wizytę premiera Frasera, bożonarodzeniowe występy, na których dzieci tańczyły w zrobionych przez nią strojach ludowych. W 1946 roku na dobre opuszcza obóz w Pahiatua i wraca tam już tylko na wakacje. Donosi Bolkowi, że Nowa Zelandia przestała uznawać polski rząd na uchodźstwie i teraz muszą sami sobie radzić. Zaczepiła się więc z innymi dziewczynami w Wellington, zamieszkała w internacie w Oriental Bay i zaczęła pracę w fabryce odzieżowej. W 1947 roku przeniosła się do New Plymouth, gdzie też zatrudniła się jako krawcowa. Spotkała ją tam urocza niespodzianka. Z okazji 21 urodzin przyjaciele zorganizowali jej przyjęcie, na które wydała 5 funtów, a potem – za zgodą gospodyni, pani Pearce – mogła spędzić święta z siostrami.

Miło było korespondować z chłopakiem, z Polakiem, ale nie nastawiała się, że od razu wyniknie z tego małżeństwo. Zdawała sobie sprawę, że on nie wie, co ze sobą począć. Po demobilizacji wyjechał ze Szkocji do Włoch, pomagał budować polski cmentarz wojskowy na Monte Cassino. Pisał, że do Polski nie zamierza na razie wracać. Rozumiała go. Za dobrze - i ona, i on - wiedzieli co znaczy sowiecki raj i czym pachnie komuna. Między słowami sączył się Sybir, a wraz z nim ból, utrata i złamane nadzieje. Łapali to w lot. To też ich łączyło. Trochę może obawiała się różnicy wieku, był od niej o 14 lat starszy. Ale przysyłał zdjęcia. Wyglądał nieźle, umiał się zaprezentować, był przecież fotografem. I podobało jej się, że mimo wojny, nie stracił chłopięcego błysku w oku. Kiedy więc w 1947 roku z jednej z kopert wypadł zaręczynowy pierścionek, a w liście przeczytała formułkę: „czy uczynisz mi ten zaszczyt i zgodzisz się…” nie zastawiała się długo. Do tej pory życie nauczyło ją, że trzeba brać to co jest, że liczy się każdy dzień, bo kto wie czy nie jest ostatni. Listownie odpowiedziała: „Tak”. Procedury migracyjne, organizacja przyjazdu ślimaczyły się, zajęły kolejny rok. W maju 1948 roku pani Pearce, w której domu Maria nadal mieszkała, ostro napisała w tej sprawie do Urzędu Imigracyjnego. Po kilku miesiącach Bolek dostał wizę na przyjazd.

I teraz stała w porcie w Wellington, wystrojona w najlepszy, własnoręcznie uszyty płaszczyk (wrześniowy wiatr był chłodny), patrzyła na wyłaniający się z morskiej mgły statek i dopiero nabierała wątpliwości. Nie do niej pierwszej andersowiec uderzał w konkury. Widziała też ojców dzieci z Pahiatua, którzy zjawiali się po nie w obozie. Wraki ludzi, schorowani po Syberii, ogłuszeni wojną, często beznamiętni, jakby stali obok swojego życia. Przyjeżdżali tu nie mając żadnego wykształcenia, bez fachu, bez języka. Sami potrzebowali ratunku, a zostawali opiekunami. Zbyt często zaglądali do kieliszka, snuli się szukając jakiegoś zajęcia. Z jednej strony cudem ocalone dziecko było ich największym skarbem, kotwicą trzymającą przy życiu. Z drugiej – kontakt zerwany został na zbyt długo, a dla dzieci to był czas formujący. Miały za sobą straszne dni, w których nie było przy nich taty. Odbudowanie dobrej relacji stawało się niemożliwe. Tym bardziej, że po twardym żołnierskim życiu, okazywanie uczuć, ciepła, miłości było najtrudniejszym „zadaniem” do wykonania. Nie wszyscy sprostali. Często po pierwszej radości ze spotkania, każdy szedł w swoją stronę i budował życie osobno.

Świadomość tego uderzała w Marię jak podmuchy wiatru znad morza, kiedy przeczesywała wzrokiem schodzących ze statku Ringatoto pasażerów. Każda twarz wydawała się jej obca. A co, jeśli go w ogóle nie rozpozna? Za późno, by się wycofać. W końcu zauważa Bolka. Wydał jej się starszy niż na zdjęciach. Kiedy uchylił kapelusza zobaczyła przerzedzone włosy, zmarszczki głębsze niż się spodziewała i pewnie nawet ten łobuzerski błysk w oku nie sprawił, że od razu pomyślała: „Tak! To ten! Spędzę z nim resztę życia”. Ale może poczuła ulgę: „Ok, spróbuję. To nie jest ktoś, przy kim wszystko tężeje jak na syberyjskim mrozie.” Emanował ciepłem. Po drugiej stronie zresztą widziała człowieka tak samo niepewnego tego co będzie jak ona, tak samo pełnego wątpliwości czy im się uda, czy do siebie w ogóle pasują.

Byli zmieszani, zakłopotani? Jak mogła przebiegać ich pierwsza rozmowa? Czy zażartowała:

- Witaj w raju – choć wiedziała już, że to wcale nie taki raj. Czy przywiózł jej prezent? Włoską apaszkę? A może od razu rozmawiali konkretnie i planowali. Zrelacjonowała mu dokładniej wydarzenia ostatnich miesięcy. Kiedy wszystkie siostry zamieszkały w Auckland, potrzebowały jej, by dołożyła się do czynszu. Przeprowadziła się więc do nich, do Herne Bay. Zaczęła szyć męskie ubrania dla firmy Farmera. Ale po sześciu miesiącach właściciel domu kazał im się wyprowadzić.

- Odkryłam, że choć większość mieszkańców Nowej Zelandii okazuje polskim imigrantom współczucie, to niektórzy twierdzą, że jesteśmy niewdzięczni - napisze potem w swoich wspomnieniach. Ukłuje ja na przykład fakt, że kiedy jedna z jej sióstr oddana na wychowanie do katolickiej rodziny wyjawia, że nie wiąże swojej przyszłości z klasztorem, ale chce zostać fryzjerką, zostaje przez nią oddalona z powrotem do obozu w Pahiatua. Niektórzy w Nowej Zelandii nie lubią, kiedy Polacy rozmawiają w swoim języku, demonstrują swoją odrębność, trzymają się razem.

- To jest Nowa Zelandia, dostosujcie się – słyszała.

To między innymi dlatego postanowiły rozdzielić się z siostrami. Przeniosła się, już tylko z jedną z nich – Wiktorią, do małżeństwa emerytów w Mount Roskill w Auckland. Proponuje narzeczonemu, by zamieszkali tam razem. Ale na razie Bolek – dla przyzwoitości - planuje wynająć tymczasowy kąt. Potrzebują chwili, żeby się lepiej poznać, zaplanować przyszłość.

Spędzają razem dużo czasu. Siadają wieczorami z herbatą z mlekiem, jaką pija się w Nowej Zelandii i wspólnie opisują zdjęcia, które Bolek przywiózł w swoim tobołku: „Na tle chmur dumna polska flaga na obczyźnie”, „Włoszki na drzewie przy obieraniu morwy”, „wspomnienie z raju sowieckiego”. Z podpisów wynika, że to musiało być niedługo po jego przyjeździe. Tak Maria dowiaduje się, kim jest jej przyszły. Bolek opowiada o włoskich miastach, płonących zabytkach, defiladach i cienistych wąwozach, w których stacjonowali. Oszczędza drastycznych opisów i wojennych szczegółów. Rysuje mapę miejsc, w których był: obóz jeńców niemieckich w Toranta, Monte Cassino, peryferie Ascoli, Mediolan, Rzym, Como. Zaznacza na niej te ważne dla niego, na przykład kamień nad rzeką - ulubiony fotel, którego nie mógł ze sobą zabrać.

Czar, który Bolesław roztacza, zdaje się działać na Marię, bo datę ślubu wyznaczają szybko, za miesiąc. Bolesław Augustis i Maria Zazulak stają na ślubnym kobiercu 29 października 1949 roku, niemal w piątą rocznicę jej przybycia do Nowej Zelandii. Uroczystość ma miejsce w kościele Dobrego Pasterza w Balmoral w Auckland. Na dodatek jest to ślub podwójny. Tego samego dnia w związek wstępuje też jej siostra Wiktoria. Wychodzi za mąż za Nowozelandczyka - Georga Aitkena. Przyjęcie weselne wydają w Kiosk w Auckland Domain. To pierwszy ślub polskich dzieci z Pahiatua. Od Stowarzyszania Polaków nowożeńcy dostają ręcznie malowane życzenia i po kryształowym wazonie. Maria przechowa go do śmierci.

Na zdjęciach z uroczystości to ona wydaje się bardziej spięta. Na twarzy Bolka widać spokój, luz, jakby wiedział, że dopłynął do właściwego portu, albo jakby po tym, co przeżył, każda chwila radości wydawała mu się bezcenna, warta celebracji. Musiał być duży wiatr. Na trawniku, gdzie pozują do zdjęć, fruwają płatki ze ślubnego bukietu, a welon Marii przygwożdżony jest wiązanką do ziemi, żeby nie zerwał się do lotu, w momencie naciśnięcia migawki. Kto wie? Może to jeden z augustisowych forteli z zestawu plenerowego fotografa?

Maria pamięta z tych dni drugorzędne szczegóły, a może tylko z dzisiejszej perspektywy wydają się nieistotne; że jej gospodyni upiekła im tort w prezencie, ale ona musiała go jeszcze zanieść do innej pani do dekoracji i zapłacić; że sąsiadka przyniosła przekąski dla tych, którzy przyszli do nich po przyjęciu. „Uszyłam suknię ślubną dla Wiktorii, a moje dwie druhny pomogły uszyć sukienkę dla mojej siostry Stefanii, która była druhną Wiktorii. Pani w mojej pracy zaproponowała, że uszyje mi suknię ślubną, co też uczyniła” – pisze we wspomnieniach, a sukienki na zdjęciach prezentują się supermodnie jak na rok 49. Nie opowiada ilu było gości, co podano na danie główne ani do której się bawili. Skupia się na tym jaką pomoc otrzymali, jak im się udało małym nakładem finansowym zorganizować wesele. Chyba więc im się nie przelewało, Bolesław nie przybył z walizką pieniędzy. Liczyli każdy grosz, a koszty w „raju” były wysokie.

Prozę życia, jaka następuje po ślubie trudno się opisuje, to mało spektakularny temat, pomijany zazwyczaj w miłosnych historiach. Na początku zamieszkali u staruszków emerytów z Mount Roskill. Przełomowym momentem dla Marii było wtedy kupno maszyny za 5 funtów. Nie musiała jej odtąd pożyczać do każdej roboty, a zleceń przybywało, bo była coraz bardziej wziętą krawcową. Bolek po miesiącu od ślubu dostał pozwolenie na pracę i starał się odnaleźć w nowych realiach. Miał może nieco łatwej niż inni Polacy, bo spędził kilka lat na wyspach brytyjskich i trochę liznął języka, ale to było za mało, by starać się o dobrą posadę. Próbuje jako fotograf, to jedyny zawód jaki wykonywał zanim porwała go wojna. Ma aparat, może też jeszcze parę sprzętów potrzebnych do profesjonalnego robienia zdjęć – światłomierz, flesz, ale organizacja atelier i ciemni to już duży zachód i inwestycja. Na razie poza jego zasięgiem.

Maria musiała być świadkiem jego zawodowej, fotograficznej porażki. Kibicowała mu, ale nie wyglądało to dobrze. Stawał na ruchliwej ulicy w Auckland, tak jak dawniej przy Kilińskiego w Białymstoku, i co? Odzywając się do przechodniów budził co najwyżej uśmieszki. Jego angielski był kanciasty, nie umiał zagaić, zażartować, zgadać o rugby. Nie wyrobił sobie jeszcze kontaktów, nie czuł lokalnej branży, nie miał znajomych, którzy powierzyliby mu poważniejsze zlecenia. Konkurencja była spora, a on nie posiadał wystarczających argumentów, poza doświadczeniem, by podjąć z nią walkę.

Nowej Zelandia w początkach latach 50. to nie był kraj otwarty na wszystkich. Wielkością zbliżony do Wielkiej Brytanii czy Japonii, ale zamieszkały zaledwie przez około 2 mln ludzi (dzisiaj jest ich dwa razy więcej), w tym pond 50 tys. migrantów, także z Europy. Wędrując tygodniami przez górzyste pustkowia można było nie natknąć się na nikogo, poza owcami i krowami. Gospodarka opierała się na rolnictwie, eksport mięsa stanowił 90 proc. dochodów państwa. Słabe zaludnienie powodowało, że mieszkańcy cenili samodzielność, wytrwałość, liczyli głównie na siebie i najbliższych sąsiadów. Nie było więc obojętne, kto zamieszka obok, każdy nowy osadnik musiał się sprawdzić. Do XII wieku wyspy były bezludne, pierwsi pojawili się na nich Maorysi z Polinezji, a dopiero pod koniec XVIII wieku, po ponownym „odkryciu” lądu przez podróżnika Jamesa Cooka, zaczęli się tu osiedlać Australijczycy i Europejczycy - głównie zesłańcy z Wielkiej Brytanii. Społeczność Nowej Zelandii stworzyli ludzie „po przejściach”, nie brakowało wśród nich kryminalistów, wyrzutków z ojczystego kraju i uciekinierów, którzy chcieli zniknąć, odmieńców czy samotnych wilków. Organizowała się ona na zasadach wspólnoty, która miała własne, specyficzne reguły, obyczaje i przekonania. Słabe zaludnienie powodowało, że wszyscy w okolicy się znali i nikomu nie uszło na sucho, jeśli coś przeskrobał czy naraził się reszcie. Nie miało znaczenia, kto skąd przybył (wszyscy tu skądś przypłynęli), ale jaki był. Dopiero po I wojnie światowej można mówić o tożsamości narodowej Nowozelandczyków, wcześnie była to dziwna i kolorowa mieszanka, wyznawców różnych zasad i religii, kierująca się najprostszym, uznawanym powszechnie dekalogiem. Mieszkańcy wysp opowiadają, że w latach 50. nie zamykało się domów czy samochodów. Swoją torbę pozostawioną w jakimś miejscu, można było tam zaleźć po tygodniu, chyba, że sąsiad przyniósł ją wcześniej. Paradoksalnie w społeczeństwie założonym przez złodziei, kradzież nie istniała. W cenie była przyzwoitość, szacunek zaskarbiało się czynami, znacznie miała dobra opinia. Do dziś to kraj, gdzie mieszkańcy darzą siebie nawzajem najwyższym zaufaniem na świecie. Ale komuś nowemu trudno było od razu zyskać tu przychylność czy uznanie, trzeba było na nią zapracować, wykazać się. Zmieniło się to nieco, kiedy państwo w latach 70-80. bardziej otworzyło się na imigrantów, żeby ożywić gospodarkę.

Nowa Zelandia, skolonizowana przez Brytyjczyków, od początku miała silnie powiązana ekonomiczne i handlowe ze Zjednoczonym Królestwem. Pełną niepodległość uzyskała dopiero w 1947 roku, ale do tej pory jej obywatele są poddanymi monarchii. Anglosaskie wpływy kulturowe są tu nadal najbardziej widoczne – w obyczajowości, architekturze, kuchni. Prestiżowe, dobrze płatne zawody długo zdominowane były przez Brytyjczyków i ich potomków. Profesja fotografa na przełomie lat 40. i 50. też do nich należała.

Bolesław szybko zdał sobie sprawę, że się nie przebije w tym fachu. Zatrudnił się więc w stolarni. Nie narzekał. Pracował 8 godzin, płacili na czas. Obydwoje z Marią zarabiali, po roku mogli więc sobie pozwolić na przeprowadzkę do domku przy Avondale. Maria nie ukrywa, że nie był on w dobrym stanie, w zasadzie sypał się, ale Bolek obiecał, że zrobi z niego wygodne gniazdko. „Wygodne” adekwatnie do czasów i miejsca. Blisko połowa Nowozelandczyków nie miała wtedy lodówki ani pralki. Były to najdroższe domowe sprzęty i najbardziej pożądane - także przez Augustowiczów, których oczywiście nie było na nie stać. Maria przechowywała żywność z skrzynce z sitaki, w przewiewnym miejscu, prała w zimnej wodzie, ale cieszyła się, że nareszcie nie mieszkali kątem u kogoś, nie musieli cicho chodzić po schodach, mogli się urządzić po swojemu. Cenili małe radości, choćby wybieranie farby do dziecinnego pokoju. Maria była w ciąży. Zbigniew Jan Augustowicz urodził się 20 października 1950 roku w szpitalu w Avondale. 

Szczęście tylko we troje trwało jednak krótko, bo do Augustowiczów dołączają członkowie dalszej rodziny. Najpierw zamieszkał u nich brat Marii - Jan, który właśnie przyjechał do Nowej Zelandii. Kiedy udało mu się znaleźć własne lokum i się wyprowadził, udzielili kąta drugiemu bratu – Antoniemu. Przypłynął z rodziną z Belgii. Mały domek zaczął przypominać mrowisko. Ciągle ktoś wchodził i wychodził, wpadali na siebie w małej kuchni. Nie było mowy, by rodzinie odmówić gościny. I nie chodziło nawet o bezdyskusyjny nakaz pomagania najbliższym. Każdy odnaleziony po wojnie krewny to był prawdziwy cud. Trzeba przyznać, że tłocząc się na małej powierzchni nie cierpieli nudy. Imprezy i Polaków rozmowy trwały czasami do rana, zawsze było komu zostawić dziecko pod opieką, ktoś ugotował, ktoś posprzątał. Ale Maria i Bolek potrzebowali też pobyć osobno, mieć własną łazienkę, trochę intymności. Szczególnie kiedy Zbysio po swoich drugich urodzinach zachorował na polio. Hainego Medina poraziła chłopcu mięśnie nogi. Groziło mu kalectwo. Nagle całe ich życie przestawiło się na ratowanie dziecka. Zbyszek przez rok nosił ortezę przymocowaną do buta. Maria z Bokiem co miesiąc odbywali długą podróż do specjalistów do szpitala. Codziennie po kąpieli ćwiczyli z synem, żeby przywrócić nóżce sprawność. Gdyby nie to, że mogli na siebie liczyć, nie wiadomo czy Zbyszek by wyzdrowiał.

Maria skupiła się na dziecku i szyła w domu, Bolek starał się zarobić na leczenie i na życie. Był dobrym rzemieślnikiem, zarówno fotografem jak i stolarzem. Szybko załapał na czym polega praca w budowlance. Polacy zresztą dobrze sobie radzili w tej branży, a bracia Zazulakowie zrobili mu dobry grunt. Przez nich zaprzyjaźnił się z Polakiem Leonardem Nowakiem. Złożyli razem firmę, stawili domy. Ich konstrukcja różniła się od architektury w Polsce czy Rosji. Budowali przeważnie parterówki. Gęsty, drewniany szkielet, przykrywali deskami. Takie domy sprawdzały się na wyspach regularnie nawiedzanych przez trzęsienia ziemi. Budowa jednego zajmowała około trzech miesięcy. Te lekkie konstrukcje łatwo się przewozi. W Nowej Zelandii do dziś nie jest niecodziennym widokiem cały dom (z dachem i kominem) przemieszczający się powoli na specjalnej platformie. Żeby nie tarasować wąskich i krętych dróg transportuje się je głównie w nocy. Z przodu i tyłu przejazd sygnalizują specjalne służby. Oświetlony jak choinka sunie majestatycznie, wzbudzając sensację tylko wśród turystów.

Augustowicze przeżyli 4 przeprowadzki. W opinii psychologów stres jaki się z tym wiąże jest w trzydziestce najbardziej nerwowych momentów w życiu. Nie wiadomo, czy przewozili jakiś dom, Maria o tym nie wspomina. Po Avondale, wynajmowali nieruchomość Godley Road, wygodniejszą: z ciepłą wodą i prądem. Mieli tu sporo ziemi. Maria hodowała kury i sprzedawała jajka. Bolek kupił strzelbę i zaczął polować. W Nowej Zelandii króliki, oposy, kanadyjskie kaczki i czarne łabędzie uznawane są za plagę, panuje powszechna zgoda na ich odstrzał, ale metody na ograniczania populacji nie zawsze są ekologiczne (używa się na przykład trucizn). Polowanie stało się częścią ich wspólnego życia, ale i tak okres w pamięci Marii jawi się jako sielankowy.

Przy Godley Road, w 1953 roku Augustowiczom rodzi się im drugi syn – Stanisław Jan. Potrzebowali większego domu. Przenieśli się do Devonport. To półwysep na wschodnim brzegu, który od centrum Auckland dzieli morski przesmyk. Promem czy łódką płynie się do „city” tylko 40-50 minut, ale Bolek nie cierpiał tych przepraw. Kupił swój pierwszy samochód Morris Eight, by dojeżdżać do pracy. Znaczy to też, że zaczęło im się lepiej powodzić. Posiadanie auta było wyróżnikiem klasy średniej. Nowe lokum bez prądu, z ogrzewaniem na licznik nie sprawdziło się przy dzieciach. Zamieszkali więc u brata Marii, który zbudował własny dom. Za jego przykładem zaczęli rozglądać się za działką dla siebie. Znaleźli ją w Titirangi, 13 kilometrów od centrum Auckland. Kupili posesję z jednopokojowym budynkiem przy 5 Tainui Road. Przeprowadzili się tam w grudniu 1956 roku. Biały domek posadowiony w spokojnej dzielnicy, na wzgórzach, z których rozciągał się widok na palmowe lasy i busz miał być bezpieczną przystanią, dobrym miejscem dla dzieci. Bolek zmienił samochód na Morrisa 14, ale popadli w finansowe problemy. Kredyt na działkę i samochód przerósł ich. Mieszkanie na kupie, w jednym pokoju, choć nie mieli wygórowanych wymagań, okazało się trudne. Zaciągnęli kolejną pożyczkę, by spłacić poprzednie i mieć pieniądze na rozbudowę domu. Bolek powiększył go o dwa pokoje i łazienkę. Gdyby państwo nie poratowało ich zasiłkiem rodzinnym, nie wiadomo, czy nie zostaliby bez dachu nad głową. Na szczęście w budowlance trwała nadal dobra koniunktura. Odbili się, zmieniali samochody na lepsze, powiększali ogród, rozbudowywali dom, wysłali dzieci do szkoły, łożyli na kościół, angażowali się w życie Polonii. Bolek był jednym z fundatorów Domu Polskiego w Auckland. Toczyło się tam imigranckie życie towarzyskie, w którym chętnie uczestniczyli. Bywali na jasełkach i patriotycznych uroczystościach rocznicowych. Pili piwo, gotowali bigos, roztrząsali sytuację polityczną nad Wisłą. Pod koniec lat 60. krach w branży budowlanej zmusił Bolka do zmiany zawodu. Zaczął obsługiwać przędzarkę wełny w Holeproof Woolen Mills. Nie potrafił przestawić się na system zmianowy, nie lubił pracować w nocy, ale został tam aż do emerytury, prawie 20 lat.

Te blisko pół wieku w Nowej Zelandii brzmi jak nudne życie dorobkiewiczów klasy średniej: kolejne samochody, domy, prace. Jak pełne trudu i wyrzeczeń, słone od potu dni imigrantów próbujących utrzymać się na powierzchni. Wyłania się z tego obraz typowej patriarchalnej rodziny, starającej się zapewnić dzieciom jak najlepszą przyszłość. Pasje, fotografia, intelektualne rozrywki są na dalekich poboczach, nieistotne fanaberie, nie warte wspomnienia. Maria o tym nie pisze, nie poświęca fotografiom męża nawet akapitu. Ten świat poraża nudą? Ale znowu: to kwestia perspektywy, innej optyki. Dla nich mógł to być wymodlony cud zwyczajności, gdzie każdego dnia ma się wpływ na swoje życie, można planować, odkładać na przyszłość, za rogiem nie czai się rewolucja, nie pachnie prochem, nie trzeba mieć spakowanej walizki na wypadek. Gdyby mogli majstrować przy czasie, cofnąć go czy rozdąć, jak w samolocie między strefami, to pewnie zapętlaliby ten nudny dzień w nieskończoność, by trwał zanim zacznie się wojna… Tylko wtedy by się nie spotkali.

Maria kończy swoje kilkunastostronicowe, spisane już w XXI wieku wspomnienia tak:Bolek zmarł 26 maja 1995 roku na zawał serca. Trafił do szpitala, ale po kilku godzinach odszedł. Zawsze był pracowity. Cieszę się, że Bolek był w moim życiu.

Prowadzący:

Dorota Sokołowska



ZNAJDŹ NAS







Ciekawa i piękna tradycja pielgrzymkowa, o której powstają książki. Rozmowa z autorem - ks. Andrzejem Greckim SVD

Jak szukać sensu pielgrzymowania? Rozmowa z autorem - ks. Andrzejem Greckim SVD



"Literatura krąży mi we krwi"- Monika Koszewska, pisarka z Sopotu o swojej literackiej pasji

Pisarka powieści obyczajowych i kryminałów, autorka tekstów piosenek, manager z 25 letnim doświadczeniem opowiada o swoim literackim życiu



"Microinfluencer. Jak zarabiać na instagramie mając małe konto"? Rozmawiamy z autorką Agnieszką Dzieniszewską

Znana białostocka blogerka i instagramerka Agnieszka Dzieniszewska (buuba.pl) w swojej najnowszej książce nie tylko dzieli się doświadczeniem, ale pokazuje, ze można zarabiać w internecie. Duże pieniądze!



"Ręce Boga" - o debiutanckim kryminale rozmawiamy z autorem Maciejem Torebko

Bardzo dobry debiut białostoczanina Macieja Torebko. Rodzi się kryminalne Podlasie!



"Pożegnanie słońca" Maciej Gorywoda

Prehistoria jako temat literacki? Czemu nie? :-)



"Szkoła Czytelników" Taniej Książki zaprasza młodych czytelników do ogólnopolskiego konkursu

„Książki budują mosty” to hasło ogólnopolskiego konkursu -do wygrania atrakcyjne nagrody



Targi Książki po raz 11. w Białymstoku!

Kilkaset osób na spotkaniu autorskim z Katarzyną Nosowską czy Jerzym Bralczykiem, tysiące ludzi wśród książek. Serce się cieszy!



Mamy dla Was nowe książki do wzięcia!

Zdecyduj, którą z książek chcesz od nas dostać i napisz!
czytam@radio.bialystok.pl



„Bolesław Augustis i Sybiracy z Nowej Zelandii. Kwerenda i digitalizacja wybranych archiwów”- materiały do książki zbiera Urszula Dąbrowska

Fragment reportażu historycznego stypendystki Prezydenta Białegostoku o Bolesławie Augustisie.



Czy łatwo być autorką książki i jednocześnie ilustratorką? Rozmawiamy z Małgorzatą Masłowiecką

O pachnącej lawendą okładce, pomyśle na książkę dla dzieci o Simonie Kossak oraz Detektywnie Szukajle-rozmawiamy z białostocką ilustratorką Małgorzatą Masłowiecką



"CHADowa Dziewucha" Olga Kozłowska. Rozmawiamy o literaturze i ...dwubiegunowości

O tym, jak poradzić sobie z dwubiegunowością i dlaczego potrzebna jest dobra diagnoza- w rozmowie z autorką książki Olgą Kozłowską



O poezji opowiada Irena Potakiewicz

Czy warto nasycać się pięknem? Tak, bo potem mogą powstać piękne wiersze!- mówi Irena Potakiewicz



"Przepowiednie dla Polski" Podlasianka -rozmowa z red. Maciejem Marchewiczem

Prywatne wizje i objawienia mistyczki z Podlasia



"Doppelgaenger. Sobowtór" Andrzej Gołda, Katarzyna Rygiel

Film czy książka? Spór rozstrzyga nasz recenzent, pan Wiesław



Z Urszulą Gajdowską rozmawiamy o mutyzmie wybiórczym i jej nowych książkach

Czy literatura może mieć pełnić inne niż rozrywkowe funkcje?



"Duet (nie)idealny" -rozmowa z autorką Joanną Łapińską

Czy Białystok nosi się w sercu, mimo że mieszka się gdzie indziej? Jak napisać dobry romans biurowy?
I co ma do rzeczy Joanna Chmielewska? Porozmawiajmy!



"Seksualna"-nowa książka Krystyny Bezubik. Rozmowa z autorką

Nowość! O książce opowiada sama autorka





" Sto nowych rysunków Franza Kafki"

Pierwsza książka, w której opublikowano całość dorobku graficznego Franza Kafki.



"Opera na trzy śmierci" Sylwia Stano

Powojenna Warszawa, prastara puszcza, trzy zbrodnie i dziewczyna, która ocalała, by śpiewać.



"Za wolność moich sióstr" Gayle Tzemah Lemmon

Nie miały głosu. Nie miały praw. Nie miały przyszłości. Więc z bronią w ręku postanowiły je sobie wywalczyć



"Ten drugi" Książę Harry

Jest mężem, ojcem, działaczem humanitarnym i ekologicznym, weteranem wojennym i ambasadorem zdrowia psychicznego.
Mieszka w Santa Barbara w Kalifornii z rodziną i trzema psami.



"Mapa kulturowa" Erin Meyer

W książce znajdziemy wiele skutecznych rad, wskazówek i praktycznych przykładów m.in. rozmówki angielsko-holenderskie, które udowadniają, że uprzejmość ma wiele twarzy



"O tyranii” Timothy Snyder

"O tyranii” Snydera to przełomowa książka o tym, jak przeciwstawiać się autorytaryzmowi. Niestety nawet dziś, w XXI wieku, wciąż rezonuje jako dzieło na wskroś trafne i aktualne.



"Sekcja zwłok. True crime – historie z prosektorium" Vincent di Maio, Ron Franscell

Autorzy zapraszają nas do świata koronerów, przysięgłych, świadków i sędziów



"Kiedy kobiety były smokami" Kelly Barnhill

Opowieść o kobiecym gniewie, zmowie milczenia i godzeniu się z losem, mocny feministyczny manifest
w fantastycznym przebraniu.



O czym mówimy w tym tygodniu?

Kilka propozycji na najbliższy czas. Co warto czytać?



Co będziemy czytać i polecać w najbliższym czasie?

Nowości z księgarskich półek-polecamy codziennie o 12.20



"Operacja mundial. Futbol, korupcja, polityka. 1930-2026" Krzysztof Kawa, Remigiusz Półtorak

W prawdziwej grze – o wielkie pieniądze, prestiż i wpływy – biorą udział nie tylko gwiazdy futbolu. To czasem czarna energia.



"Moc dobrych słów" Matt Haig

Matt Haig to jeden z najbardziej inspirujących popularnych autorów naszej epoki, piszących o zdrowiu psychicznym.



"Lazurowa idea. O rzeczywistości" Zellker

Ksiązkę poleca Grupa Wydawnicza Harmonia. Wydawnictwo UNUO



"Zaraz wracam" Liliana Fabisińska

Zapraszamy na przygody mafijne, jazdę na skuterze i wirtuozerię kulinarną w najnowszej powieści Liliany Fabisińskiej



"Adam. Mickiewicz" Cezary Harasimowicz

Autor strąca wieszcza z cokołu, zabiera czytelnika w niezwykle barwną podróż do epoki romantyzmu



"Czereśnie od Świętej Anny" Michael Sowa

Jest rok 1945. Na ziemie Dolnego Śląska wkracza Armia Czerwona, nieodwracalnie zmieniając życie jego mieszkańców.



„Wymyślone miasto Lwów” Ziemowit Szczerek

Dla Ziemowita Szczerka Lwów to po prostu jego miasto.



"Nagły świt" Agnieszka Jeż

. Premiera pierwszego tomu SAGI RODZINY POLAKOWSKICH już 7 września.




źródło: www.radio.bialystok.pl

Białystok FM 99,4 Łomża FM 87,9 Suwałki FM 98,6 Siemiatycze FM 104,1 Białowieża FM 89,4 178,352 MHz (k.5C) DAB+

Copyright © Polskie Radio Białystok